13.06.2015

INSPIRED BY CHARLIZE MYSTERY - CZYLI NIE MOGĘ SIĘ DO NICZEGO PRZYCZEPIĆ

Pudełko Inspired By Charlize Mystery jest pudełkiem idealnym. 

Ma same plusy.

+ Jest duże i ciężkie

+Jest wypełnione po brzegi kosmetykami, które znam i lubię:



+Płyn micelarny Biodermy Sensibio H2O, którego używam zawsze i od zawsze, a właśnie mi się kończy butelka. Miałam go wprawdzie nie kupować teraz, bo zamówiłam w Berdever płyn Derizum, który już dotarł i czeka na otwarcie, ale widocznie nie jest mi pisane nieposiadanie Biodermy. To jak ze smartfonem - jeśli go nie ma w pobliżu, czuję się nieswojo. Nie muszę go używać, ale muszę go mieć.



+ Vip Gold Super Plus BB Cream - krem BB, dla którego zamówiłam to pudełko. Chciałam go wypróbować, skoro nadarzyła się okazja. Pierwsza próba koloru na dłoni wypadła idealnie. Podoba mi się opakowanie z pompką, jest eleganckie i funkcjonalne. 





+ Odżywka do paznokci i serum do rąk i paznokci firmy Cztery Pory Roku.
Obydwa produkty były kiedyś w ShinyBoxie i używam ich regularnie. Odżywka ma pędzelek i jest łatwa w użyciu, podobnie jak serum trzymam ją obok fotela, na którym oglądam filmy i używam ich w przerwie na reklamy. Lubię je, prawie mi się kończą, więc dobrze, że są.



+Żel pod prysznic Anatomicals ma wygodne opakowanie, ładnie pachnie, czego więcej wymagać od żelu pod prysznic?

+ Biosiarczkowy żel do mycia twarzy - coś nowego do wypróbowania

+ Książka "Nie mam się w co ubrać" - do przejrzenia, odłożenia na półkę i sięgnięcia po nią za 10 lat, żeby sobie przypomnieć, jak się ludzie nosili onegdaj.

+/- Czekoladki wedlowskie. Smaczne. Minus za to, że będę musiała dłużej skakać. 

Do zamówienia trzech pudeł Inspired By (mam jeszcze box Ewy Chodakowskiej i  Kasi Tusk) nie skłoniły mnie firmujące je nazwiska. 
Box Chodakowskiej zamówiłam z ciekawości, bo ostatnio regularnie ćwiczę i chyba pomyślałam sobie, że wyskoczy z niego dżin i bez wysiłku stanę się smukła i schudnę. I właśnie sobie zaprzeczyłam. Jednak do zakupu tego boxa skłoniła mnie magia nazwiska Chodakowskiej. A wyskoczyła z niego skakanka, no i teraz nie mam wyjścia, muszę skakać. 

Box Kasi Tusk zamówiłam z powodu wody toaletowej Daisy - bo była, bo ładnie pachnie, bo ma śliczny flakonik. Nie otworzyłam jej jeszcze, zastanawiam się czy ktoś nie ma niedługo jakiegoś święta, żeby mu ten zapach podarować. Lubię mieć w zapasie ładne drobiazgi, bo sprawdzają się doskonale w nagłych, prezentowych sytuacjach.
O Charlize Mystery nie słyszałam wcześniej. Zajrzałam na jej blog.  Sprawdziłam cenę kremu Skin79 (od 99 zł do 130 zł) i stwierdziłam, że się opłaca:) Ten box kosztował z przesyłką 109 zł.
Był najlepszy.

Pomimo tego, że anulowałam wszystkie subskrybcje, nie twierdzę, że zakończyłam przygodę z Inspired By. Może następna edycja skusi mnie ciekawą zapowiedzią. 

Zaczynam swój własny projekt pt. "Nie kupuję kosmetyków, dopóki nie wykorzystam tych, które mam  w domu.". ROTFL.

30.05.2015

INSPIRED BY EWA CHODAKOWSKA BOX CZYLI JA WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE

No i po co mi to było? Bardzo starałam się oprzeć nowym pudełkom, ale mi się nie udało (surprise!).

Jako pierwsze (bo będzie jeszcze drugie i trzecie) przyszło pudełko Ewy Chodakowskiej, która -   według InspiredBy - jest "trenerką wszystkich Polek". A to nieprawda, bo mój trener ma na imię Paweł.

Źródło: www.inspiredby.pl


Pudełka są komponowane przez tę samą firmę, która wysyła ShinyBox. Z ShinyBoxem wiadomo - raz jest dobrze, raz beznadziejne, innym razem średnio. No ale pudełko pełne prezentów za 169 złotych (+ dodatkowe 10 zł za przesyłkę, które mogli już sobie darować i wliczyć w cenę zakupu) musi kryć coś ekstra.  Myślę, że mnóstwo osób będzie wniebowziętych, szczególnie wyznawczynie Chodakowskiej. Może gdy odpalę płytę, która była w środku  i w końcu poćwiczę w domu też zacznę ją wielbić, ale na razie jestem wyznawczynią trenera Pawła, bo na ramieniu Chodakowskiej się nie wesprę schodząc z chybotliwego bosu.

Muszę przyznać, że samo opakowanie jest ładne - dużo różowego.



Aaaaby poćwiczyć mamy płytę Ewy z turbo wyzwaniem, skakankę i roller, który ma poprawić elastyczność stawu skokowego, wyeliminować ból i ulżyć zmęczonym stopom. Płyta wyląduje na półce, bo nie mam jej na czym obejrzeć, skakanka pójdzie w ruch, a roller dam tacie, bo on lubi takie gadżety i w przeciwieństwie do mnie - używa ich regularnie.



Załączone kosmetyki są dla mnie totalną porażką, bo nie używam ani dezodorantów w sprayu, ani kolorówki Rimmel. Jednak nie narzekam, bo od początku było wiadomo, jakie marki znajdą się w pudełku. No i tak sobie teraz myślę, że właściwie dlaczego nie spróbować, skoro już je mam. Dezodorant, jak dezodorant, różowy lakier lubię, a właśnie mam w wieczornych planach malowanie paznokci u stóp, tusz do rzęs znajdzie nowy dom, a jednorazowych maszynek nigdy za wiele. Jest jeszcze maska do włosów, więc jutro rano się nawilżę.


Czy Wy robicie makijaż, idąc na siłownię?

Jest jeszcze niewielka ciemnobrązowa kosmetyczka Batyckiego, zmieści się do niej tusz, lakier, golarka, a  dezodorant już nie, bo jest za długi.

Wiedziałam, że zawartość tego pudełka do niczego mi się nie przyda, czułam, że to nie będą produkty dla mnie, ale jak zwykle zwyciężyła ciekawość, pudełkoholizm i chęć wypróbowania czegoś nowego . Żadnej z tych rzeczy nie kupiłabym będąc w sklepie.
Anulowałam subskrypcję i idę poskakać na skakance.






15.05.2015

INNISFREE GREEN TEA SLEEPING PACK CZYLI ZIELONA HERBATA W NATARCIU


Zaszalałam kiedyś w internetowym sklepie Innisfree. I to dwa razy. Ale jak tu nie szaleć, skoro wchodzi się do sklepu, a tam taka okazja! Kup 10 maseczek, kolejne dziesięć otrzymasz gratis. Kup 2 kremy do rąk, a ten drugi też będzie gratis. Ale który wybrać, gdy jest dziesięć różnych kremów, no to wzięłam wszystkie. A potem udało mi się namówić syna do wypróbowania maseczki w płachcie z olejkiem z drzewa herbacianego. Wierzcie mi, nie było to łatwe i dużo czasu upłynęło, zanim się zgodził. Może dlatego, że jak każdy facet wyłącza słuchanie po trzecim zdaniu i większość istotnych rzeczy po prostu do niego nie dociera. Łatwiej byłoby po prostu powiedzieć: Maseczka! 10 minut! Teraz! I darować sobie wykład na temat korzyści, jakie niesie regularna pielęgnacja skóry. Ale jakoś się udało, przeżył i co ważniejsze - poprosił o jeszcze. No to znowu musiałam zrobić zakupy. Po prostu nie miałam wyjścia.
I kupiłam sobie kilka kosmetyków z linii Green Tea - zielona herbata, pełna aminokwasów, minerałów i antyoksydantów.

Innisfree jest firmą koreańską, a składniki jej kosmetyków pochodzą z wulkanicznej wyspy Jeju. Produkty  Innisfree nie zawierają parabenów, parafiny, sztucznych barwników ani  konserwantów. Żyć nie umierać!

Na pierwszy ogień poszła maseczka na noc, zwana sleeping packiem. 
Według instrukcji należy ją nakładać jako ostatni etap wieczornej pielęgnacji. Bywa więc tak, że nakładam ją po serum i kremie, a czasem bywa tak, że nakładam ją jako jedyny wieczorny kosmetyk. Bo nie mam siły na więcej.  Ale nigdy, przenigdy nie zapominam o dokładnym oczyszczeniu skóry. 

Maseczka znajduje się w plastikowym, zakręcanym słoiczku. A słoiczek w kartonowym pudełku. Witamy w świecie firm kosmetycznych dumnych ze swojej dbałości o środowisko naturalne. Czasem mam wrażenie, że one specjalnie mnożą opakowania, żeby klient miał co recyklingować.



W środku mamy biały żel i maleńkie, białe kaspułki. 






Drażni mnie zapach. Teoretycznie powinien być świeży, herbaciany - tego spodziewałabym się po kosmetyku z zieloną herbata. W ostateczności mógłby w ogóle nie pachnieć. Tymczasem, za każdym razem, gdy nakładam maseczkę, mam wrażenie, że pojawia się obok mnie mój dawno zmarły dziadek skropiony obficie swoją ulubioną Przemysławką.

Po kilku minutach od nałożenia maseczka całkowicie się wchłania i nie ma po niej śladu, co jest trochę dziwne. Używam też jaśminowego sleeping packu Dr. MJ, który był w jednym z Memeboxów. Nawet jeśli część wcieram w nocy w poduszkę, rano mam na twarzy śliską warstwę, którą muszę zmywać. Innisfree znika bez śladu. I nie robi mi kompletnie nic. Ani nie nawilża, ani nawet nie pachnie herbatą.  Wyjątkowo nietrafiony zakup. 

26.04.2015

XTRABOX BEAUTY MARZEC - CZYLI NIKOTYNOWA PORAŻKA

Powinnam była odczytywać znaki, a szczególnie ten pierwszy, gdy przy próbie zapłacenia za zamówienie Paypal wyświetlił informację "Wystąpił problem z kontem sprzedawcy".
Jednak zakupoholizm wziął górę.

Na stronie była informacja, że wysyłki będą realizowane od 20 marca. To był piątek, więc nie przejęłam się, gdy zamówienie oczekiwało na realizację. Przez następny tydzień. Wysłałam maila z pytaniem o przesyłkę, otrzymałam grzeczną odpowiedź, że przesyłki są realizowane według kolejności zamówień i - dziwnym zbiegiem okoliczności - moja paczka została wysłana tego samego dnia. Cud.

Pierwszym rozczarowaniem była wielkość przesyłki - malutka w porównaniu z Shinyboxem, beGlossy czy Lookfantastic. Jednak po otwarciu tekturowego pudełka  mym oczom ukazał się metalowy box.



Pomyślałam, że teraz może już być tylko lepiej. Jakże się myliłam!

Po zdjęciu pokrywki uderzył mnie w nos ohydny smród papierosów.  Tak śmierdział papier, którym zabezpieczone były kosmetyki. Nie była to elegancko ułożona i zaklejona uroczą naklejką kolorowa bibułka, ale wymięty biały papier. Wyobraziłam sobie jak tłusty facet w przybrudzonym podkoszulku wkłada kosmetyki do pudełka, a z kącika ust zwisa mu pet.  Papieru pozbyłam się od razu i trzy razy wyszorowałam ręce. Właściwie mogłabym tu skończyć, bo odechciało mi się nawet przeglądać zawartość.

Zerknęłam jednak. "Luksusowe, wysokiej jakości produkty kosmetyczne", jakimi miało być wypełnione pudełko okazały się być mało ekskluzywne (bo podczas pakowania dym z papierosa zasłaniał widok panu w podkoszulku).



XtraBox obiecywał "co najmniej 5 mini-produktów lub produktów pełnowymiarowych".
Słowa dotrzymał, to muszę przyznać, bo produktów jest siedem.

Są dwie odżywki  do włosów i dwa balsamy do ciała (tutaj chyba dziesięciomililitrowy Payot jest przedstawicielem kosmetyków ekskluzywnych).
Jest tusz do rzęs, jako produkt pełnowymiarowy.
Żel pod prysznic Lacoste, na którym jest napisane "made in Poland", co każe mi innym okiem spojrzeć na produkty Lacoste - takie bardziej swojskie się nagle zrobiły, takie nasze!
I jest folijka z primerem Smashbox. Nazwana przez XtraBox "produktem w wersji mini". Serio?

Nawet gdyby w środku był wyłącznie Dior, Shiseido czy Kanebo, śmierdzący nikotyną papier skutecznie zniechęcił mnie do dalszych zakupów.

Zawartość mnie nie zachwyciła. Ani jednej z tych rzeczy nie użyję, głównie ze względu na papierosowy smród, który jeszcze długo będzie mnie prześladował i który sprawił, że się po prostu tych kosmetyków brzydzę.

Mogłam skorzystać z prawa konsumenta, zrezygnować z zakupu i odesłać pudełko, ale minęły przepisowe 14 dni i 59 złotych przepadło. Następnego razu nie będzie.


19.04.2015

BEGLOSSY BOX KWIECIEŃ 2015 - CZYLI NARESZCIE COŚ NOWEGO

Po powrocie z długiej podróży służbowej otwieram kwietniowe pudełko beGlossy, a tu niespodzianka -  wszystko mi się podoba! Pomijam eyeliner, bo zapas eyelinerów mam na cztery lata - są w każdym pudełku, bez wyjątku. Zmartwiłabym się, gdyby go nie było, bo już się przyzwyczaiłam, że zawsze jest. Rzadko używam, ale kto mi zabroni posiadać?

W pudełku znalazły się kosmetyki, z którymi nigdy dotąd się nie spotkałam. Duży plus dla beGlossy, bo  tym razem doskonale się wpisał w ideę subskrypcyjnych boxów. Dostajemy nowość, aplikujemy i - w tym wypadku - cieszymy się, bo każdy kosmetyk nadaje się dla naszej skóry, ładnie pachnie, dobrze się wchłania i można się spodziewać, że  prawdopodobnie działa tak, jak jest napisane na ulotce.




Naobay Natural & Organic Moisturizing Peeling to nawilżający peeling z oliwą z oliwek, masłem shea, olejem ze słodkich migdałów i esktraktem z gotu kola (po naszemu to wąkrota azjatycka, a po łacinie centella asiatica) . Wąkrota (muszę znaleźć etymologię tego słowa, bo jest tak brzydkie, że na pewno coś oznacza) używana jest w kosmetykach przeciwzmarszczkowych oraz przeznaczonych do cery naczynkowej. Wspomaga leczenie blizn oraz zmian skórnych takich jak trądzik (informacje zaczerpnęłam stąd, a jest ich tam więcej). W tym kosmetyku - wg strony firmowej Naobay - ma za zadanie uspokoić skórę po peelingu.
Muszę się lepiej przyjrzeć kosmetykom Naobay, gdyż większość ich składników (ponad 98% w prawie każdym z nich) to składniki naturalne. Peeling ma uroczą nakrętkę z drewna, a niektóre kremy mają całe drewniane opakowania. Nie wiem czy wycinanie drzew celem produkcji nakrętek do ekologicznych kosmetyków jest równie ekologiczne, ale przynajmniej jest oryginalnie.

SHEDOR Cellular Anti-Aging Creme Night and Day 35+ to miniaturka  kremu do twarzy. Myślę, że 35+ to oznaczenie wieku, nie filtra przeciwsłonecznego. Krem jest gęsty, ale jednocześnie lekki - bardzo łatwo się rozprowadza i błyskawicznie wchłania. Bardzo eko i  bardzo roślinny ("100% mocy roślin"). 
Shedor (www.shedorparis.com) jest firmą o polskich korzeniach. Krem chałupniczo wytwarzała w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku pani Wanda Zwoźniak pod okiem swej mentorki i przyjaciółki rodziny - uwaga! -  Heleny Rubinstein. Potem przypadkiem poznała panią prezes francuskiej firmy Perfect Pharm Group i - voilà - mamy obiecujący krem.
Nie będzie problemu z przetestowaniem całej linii kosmetyków Shedor, gdyż są tylko dwa. Oprócz kremu dostępny jest jeszcze energetyzujący nektar na dzień (krem, serum i baza pod podkład w jednym). Jest jeszcze suplement diety, ale się nie skuszę. 

Skoncentrowane serum do rąk i paznokci - kuracja nawilżająca firmy Cztery Pory Roku. Kolejny krem do rąk, który obok eyelinerów jest jednym z najczęstszych bywalców pudełek. Wyjątkowo jestem bardzo zadowolona, szczególnie z opakowania. Nareszcie mamy tubkę z pompką! Serum ma przyjemny cytrusowy zapach, błyskawicznie się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Właśnie empirycznie sprawdziłam, że można go użyć, po czym natychmiast wrócić do pracy przy komputerze. Nie pozostawia na klawiaturze tłustych śladów. 

I w końcu bardzo złota i bardzo plastikowa szminka Lambre w bardzo różowym, lekko perłowym kolorze. No cóż, róż to mój kolor. Trochę się krępuję w moim wieku nosić różowe bluzeczki z Hello Kitty (nie dotyczy piżam), odbijam to sobie różowymi ustami i różowymi paznokciami. W stonowanych różach.

Dodatkowo dostałam jeszcze szampon i odżywkę Pantene Pro-V Intensywna Regeneracja. Nie pamiętam czy musiałam coś zrobić, żeby je dostać, chyba wypełniałam jakiś formularz na FB. 

I jeszcze  ulotka tego bardzo dobrego pudełka beGlossy. Dostałam wersję C. W innych wersjach zamiast kremu Shedor był krem Amaderm lub Vichy.


18.03.2015

CLARINS - DOUBLE SERUM CZYLI MOJE SERUM KOCHANE

Gdy po otwarciu szuflady zastanawiałam się, którego serum użyć dzisiaj, spod kilku  koreańskich buteleczek dobiegł mnie cichy głosik z wyraźnym, francuskim akcentem:
- Moi! Wybierz mnie!


Wołało mnie Double Serum Clarinsa - dwufazowe serum, którego używam od zawsze, które jest od lat moim ukochanym serum, a które zdradziłam ostatnio z jego koreańskimi braćmi. Poczułam się podle, ale jednocześnie ucieszyłam się, że zostało mi jeszcze pół buteleczki, czyli około 15 ml.
Double Serum występuje w pojemnościach 30 ml i  50 ml. Weszłam sobie na francuską stronę Clarinsa, bo mieli fajne promocje. Nie wysyłają do Polski niestety. Ale najpierw sprytnie wyciągają dane adresowe, bo pozwalają się Polce zarejestrować. Polka szaleje, wrzuca do koszyka serum, w koszyku pojawiają się wypasione prezenty, Polce zaczynają drżeć ręce.  Polka zbiega po schodach po kartę kredytową i wbiega w podskokach z powrotem - plus dla Clarinsa za zmuszenie Polki do ruchu. Jeszcze tylko wybranie adresu wysyłkowego i na liście krajów pojawia się wyłącznie Francja, sprawiając, że Polka wznosi ręce do nieba i krzyczy "C'est pas vrais"! I nawet wysyła maila do francuskiego Clarinsa, z pytaniem czy aby na pewno to nie jest pomyłka, bo przecież w koszyku (chlip!) to serum, te prezenty (oczywiście głównie chodziło o prezenty) i próbki nawet,  a francuski Clarins odpisuje, że Madame Polko, sorry, francuski Clarins jest tylko dla Francuzek. Oraz obywatelek Monako. Idź sobie, Polko, do Douglasa na rogu.

Ale co to ja chciałam? Aha! Instrukcja mówi, żeby dwa razy nacisnąć pompkę i wystarczy.
Ja mam chyba jakąś ponadwymiarową twarz, bo ilość serum po dwóch naciśnięciach jest zbyt mała, muszę naciskać cztery razy. Za to gdy już sobie ponaciskam,  z lewego pojemniczka wypływają wodne składniki, a z prawego oleiste. I łączą się na dłoni, lądują na twarzy, po czym ujędrniają skórę, wygładzają zmarszczki, przywracają blask i równomierny koloryt skóry oraz zmniejszają widoczność porów. Przynajmniej tak obiecuje Clarins. Czy tak się dzieje naprawdę?

Otóż, drodzy Państwo, dzieje się. Przede wszystkim serum błyskawicznie się wchłania, co plasuje je na wysokim miejscu wśród moich ulubionych porannych kosmetyków, gdy się spieszę (zawsze się spieszę). Ładnie pachnie, dyskretnie i świeżo, energetyzująco, tak ach! W swoim życiu zużyłam już kilka buteleczek  i muszę stwierdzić, że  mam jędrną skórę pełną blasku. No to chyba działa?

Lubię Double Serum. Zdradzam je czasem, ale zawsze wracam skruszona. Nawet jeśli inne sera też się szybko się wchłaniały i sprawiały, że moja cera wyglądała dobrze, żadnego nie kupiłam ponownie. A Double Serum tak.

Czego nie widać gołym okiem? Nie widać dwudziestu wyciągów roślinnych, które sprawiają, że serum robi to, co robi.

Mamy tutaj między innymi:

- Wyciąg z  drzewa katafray (łac. Cedrelopis grevei),  który  ma właściwości nawilżające, podobnie jak obecny w serum kwas hialuronowy. Drzewo katafray rośnie na Madagaskarze (to tak ku pamięci i w celu niesienia kaganka oświaty, gdybyście przypadkiem nie wiedzieli, bo ja nie wiedziałam).

- Odżywczy olejek z pachnotki zwyczajnej (łac. Perilla frutescens), który ma mnóstwo dobrych kwasów omega-3 i nie mniej odżywczy olejek z orzechów makadamia

- Wyciąg z quinoa i zielonej herbaty - samo zdrowie. W serum mają za zadanie chronić skórę przed działaniem szkodliwych czynników.

- Wyciąg z sosny nadmorskiej i  róży piżmowej , które mają właściwości dotleniające.

- Wyciąg z zielonego banana, tymianku i bocoa z Amazonii o właściwościach regenerujących.

Clarins ma na swoich stronach bardzo ładnie opisane właściwości wszystkich składników wykorzystywanych w kosmetykach. I jest dużo obrazków.

Po angielsku: http://www.clarinsusa.com/en/why-clarins-research-development/ingredients.html
Po francusku: http://www.clarinsusa.com/fr/why-clarins-research-development/ingredients.html

Ceny w Sephorze i Douglasie:

30 ml - 299 zł
50 ml - 399 zł

Znacie? Lubicie? Pożądacie?

7.03.2015

SU:M37 FLAWLESS REGENERATING EYE CREAM CZYLI ZNIKAJĄCA ZMARSZCZKA

Zaczęłam pisać tę notkę 21 listopada 2014 roku. Krem już dawno się skończył, ale pamięć po nim pozostała.  I są to przyjemne wspomnienia...

Skóra wokół moich oczu zdecydowanie potrzebuje regeneracji. Stało się to nagle - jakieś zmarszczki, jakieś kurze łapki. Przysięgam, że wcześniej ich tam nie było. A może ich po prostu nie dostrzegałam bez okularów?

Krem pod oczy to dla mnie loteria - uczuli albo  nie uczuli. W związku z tym od lat mam kilka pewniaków: Genifique Lancome oraz  All About Eyes i Laser Focus Clinique.
Gdybyście mnie zobaczyli kilka lat temu po użyciu La Prairie, ha! Spuchło mi tylko prawe oko, a właściwie cała prawa połowa twarzy. Dziwnie się na mnie ludzie patrzyli, ale jeszcze dziwniej  - i jakby wrogo i podejrzliwie - spoglądali na mojego męża.

Mój zakupoholizm zmusił mnie do nabycia tego błyszczącego cuda:




Ryzyko to moje drugie imię. Jednak SU:M37 potraktował mnie łagodnie. Nic mi się nie stało. Hura.

Po raz pierwszy użyłam kremu rano. Ma bardzo gęstą i tłustą konsystencję, prawie, jak maść. Rozprowadzając go wokół oczu martwiłam się, że będę go musiała natychmiast zmyć, bo będzie wchłaniał się przez godzinę i spóźnię się do pracy. A tu niespodzianka! Wsiąkł w skórę, jak w gąbkę i momentalnie ją napiął i wygładził. Pomyślałam, że to złudzenie optyczne, albo światło tak pada.
Przyszła mi też do głowy genialna myśl, żeby potraktować kremem pionową bruzdę na czole. Zmarszczka to zmarszczka, niech więc SU:M37 pokaże na co go stać.

I tutaj kolejna niespodzianka. Tuż po nałożeniu kremu zmarszczka... zniknęła. No ok, na moment tylko, pojawiła się ponownie, ale jakby taka mniej zdecydowana. I tak smarowałam tę zmarszczkę codziennie, codziennie znikała, przenosząc mnie na kilka sekund w czasie, gdy o zmarszczkach nie myślało  się jeszcze,  a w lustrze witało mnie gładkie czoło.

Ale - jak głosi napis na pudełku- jest to krem przeznaczony na skórę wokół oczu i głównie tam był wklepywany.



Używałam go codziennie prawie przez dwa miesiące. Czasem rano i wieczorem, czasem tylko rano, albo tylko wieczorem. Jednocześnie - z różną częstotliwością - stosowałam serum Lancome Genifique Yeux Light-Pearl i krem Iope Essential Tone And Wrinle Eye Cream, który pięknie nawilżał. Być może to połączenie sprawiło, że przez jakiś czas byłam bardzo zadowolona ze swojej skóry wokół oczu. Nie było jakiegoś spektakularnego efektu, kurze łapki nie zniknęły w magiczny sposób, ale było inaczej. Lepiej.

Mam taką odkrywczą teorię, którą dzieliłam się już w komentarzach na innych blogach, że żaden krem nie przyniesie nam spektakularynch efektów, ze względu na to, że regularnie, od wielu lat używamy kremów, tym samym dostarczając  naszej skórze składników odżywczych i nawilżających. Coś w tym musi być, czyż nie?