26.01.2015

MEMEBOX - MOISTURIZE, MOISTURIZE, MOISTURIZE!

Nowe pudełko z produktami nawilżającymi pojawiło się na stronie Memebox po długiej pudełkowej suszy. Nic więc dziwnego, że musiałam zaspokoić głód i bez zastanowienia złożyłam zamówienie.
Po czym zobaczyłam w sieci spoilery, potem ulotkę informacyjną, poczytałam narzekające na zawartość inne memecholiczki i poczułam się źle, uświadamiając sobie, że znowu wydałam w ciemno kilkadziesiąt złotych i jak zwykle rozdam wszystkie kosmetyki znajomym.

Wtem! Listonosz zadzwonił dwa razy. Byłam sama w domu, tuż po pracy, więc poszłam na całość. Nie z listonoszem bynajmniej. Z zawartością memeboxa:



Najpierw zmyłam twarz świeżym, kremowym mydłem Vella. Odważna jestem, nakładając nowy produkt tak bez przygotowania. Ale raz się żyje.


Odrobina mydła na końcu szpatułki zupełnie wystarczy. Użyłam go zbyt dużo i miałam na sobie mnóstwo piany. Posunęłam się o krok dalej i wyszorowałam sobie rzęsy - jak szaleć, to szaleć. Tusz zmył się bez śladu i - co najważniejsze - mydło nie podrażniło mi oczu. Po spłukaniu piany, odczekałam chwilę, sprawdzając czy skóra nie zacznie się napinać, skrzypieć i ściągać. Nic się nie stało, więc spryskałam twarz nawilżającą mgiełką oliwkową (Ziaja made in Poland) i sięgnęłam po krem i serum tajemniczej marki Bory.



Nałożyłam odrobinę serum na policzek, po czym zorientowałam się, że to jest serum pod oczy. Ponieważ na policzku nic się działo, dzielnie zaaplikowałam sobie serum pod lewe oko. Tak, tylko pod jedno, na wszelki wypadek. Od pół godziny działa i mam wrażenie, że opuchlizna pod lewym okiem jest znacznie mniejsza, niż ta pod prawym. Nie wyspałam się dzisiaj i nie wyglądam dobrze. Od rana mam worki pod oczami, co bardzo rzadko mi się się zdarza, ale jednak się zdarza. Po przeczytaniu ulotki (tak już mam, że najpierw wciskam guziki, a potem czytam instrukcję, co doprowadza do szału mojego męża, który robi zupełnie na odwrót) dowiedziałam się, że serum likwiduje m.in. opuchliznę, co niniejszym potwierdzam. Odnoszę też wrażenie, że moje lewe oko jest bardziej przytomne, niż prawe. Takie świeższe i szerzej otwarte. Jeżeli za 15 minut znikną mi jeszcze zmarszczki, to będę w niebie.

Składniki serum, wyjątkowo po angielsku (na kremie są tylko po koreańsku).



W pudełku znalazły się jeszcze dwa kremy.

Krem do rąk Echochoice z masłem shea o delikatnym, kwiatowym zapachu. Krem, jak krem. Duży plus za duże opakowanie (100 ml)  i szybkie wchłanianie się. Krem do rąk się u mnie nie zmarnuje, bo zużywam ich na tony. Tubki mam w każdej torebce, w każdej szufladzie i w każdym miejscu, w którym spędzam więcej, niż 10 minut. Są obok foteli, w kieszeniach płaszczy i kurtek, w szufladach w biurze i na biurku w biurze, w schowku w samochodzie i oczywiście w szufladzie z kremami.

Jest też krem Shara Shara, all-in-one, można nim smarować wszystko, ale nikt mnie nie namówi, żeby taki uniwersalny krem nałożyć na twarz. Niemniej jednak doskonale sprawdził się na ciele po szybkim prysznicu. Błyskawicznie się wchłonął i zostawił przyjemny, cytrusowy zapach.


Dużo radochy sprawiło mi to pudełko. Taki przyjemny akcent na początek tygodnia.

 Na koniec ulotka do poczytania:







1.01.2015

MEMEBOX - SUPERBOX #47 IOPE BOX 2 i CUSHION FOUNDATION

Na początku przygody z Memebox przeglądałam ofertę kosmetyków, które były już wyprzedane i bardzo spodobał mi się box IOPE. Nic więc dziwnego, że gdy tylko pojawił się w ponownej sprzedaży, kupiłam go bez zastanowienia. Bo to IOPE. Spróbować trzeba.

W pudełku było 6 pełnowymiarowych kosmetyków, chociaż mam jakąś lukę w pamięci, bo kompletnie nie pamiętam, żebym wyciągała z niego błyszczyk/róż, ale ja już stara jestem, więc mają prawo mi się zdarzać takie rzeczy. Na pewno był krem nawilżający, serum, podkład w poduszce, olejek do twarzy i krem pod oczy.

Źródło: Memebox.com
O, znalazłam w komórce zdjęcie tego pudełka. Jednak był róż.



Pudełko leżało sobie spokojnie w szufladzie, gdy nagle Anna napisała o kremie IOPE Essential Moistule Relief Cream, że "to dziadostwo śmierdzi". Rzuciłam się biegiem po schodach (wierzcie mi, nigdy tak szybko nie biegłam), żeby sprawdzić czy faktycznie wyrzuciłam pieniądze w błoto. I kamień spadł mi z serca.

Krem pachniał świeżością, zwykłym mydłem, albo takim świeżo wyciągniętym z pralki praniem. Bardzo mi ten zapach odpowiadał. Wyciągnęłam wszystko z pudełka  i zaczęłam używać. Dzisiaj wycisnęłam ostatnie krople serum i kremu - będę za nimi tęsknić. Lubiłam aplikować oba produkty, bo było to po prostu przyjemne. Ładnie pachniały i łatwo się rozprowadzały na skórze. Wystarczyły na miesiąc.




IOPE Essential Skin Boosting Serum dodatkowo błyskawicznie się wchłaniało, co nie jest bez znaczenia podczas porannej pielęgnacji, gdy mam pół godziny na wyjście z domu, a tu jeszcze trzeba wysuszyć włosy, wypić kawę i nałożyć na twarz kilka innych kosmetyków.
Według ulotki wartość tego serum to 84$ za 40 ml. Nauczyłam się nie wierzyć "memewartości" kosmetyków, właściwie nie zwracam na to uwagi, ale tym razem poszukałam serum w sieci.
Przy okazji potwierdziły się  informacje, że kosmetyki zaprezentowane w tym pudełku są już wycofane ze sprzedaży. Jednak tu i ówdzie można je znaleźć. W jednym z koreańskich sklepów internetowych serum można nabyć za 18$.

IOPE Essential Moisture Relief Creme (50 ml) został moim numerem 2, tuż po serum, chociaż nie przepadam za żelową konsystencją. Ulotka głosiła, że krem jest doskonały na lato i najlepiej używać go na noc, nakładając grubszą warstwę. Była jesień, ale co tam, nawilżanie to podstawa. Nakładałam więc wieczorem grubą warstwę kremu, zasypiałam na plecach, ale i tak budziłam się z twarzą wtuloną w poduszkę. Trudno powiedzieć czy krem wsiąkał w skórę czy w poszewkę. Grunt, że budziłam się nawilżona i promienna.

IOPE Essential Tone&Wrinke Care Eye Cream (25 ml) w ładnej metalizowanej, srebrnej tubce jakoś nie chce się skończyć, ale używam też innych kremów pod oczy w zależności od nastroju. Krem ma plus za to, że mnie nie uczulił oraz za zawartość masła shea i olejku z jojoby. Teoretycznie powinien wypełniać drobne linie i zmarszczki, ale nie zauważyłam, żeby działał w ten sposób. Za to nawilża wzorcowo.

Najmniej jestem zadowolona z IOPE Essential Facial Oil (30 ml). To mój pierwszy olejek do twarzy i raczej nie polubimy się. Chociaż łatwo się rozprowadza, szybko wchłania i nie zostawia tłustej warstwy, jest w nim coś, co sprawia, że moja twarz robi się czerwona. Nie wiem co ma w składzie oprócz olejku arganowego i olejku z orzechów makadamia (wyrzuciłam pudełko, ale tam i tak skład był z pewnością po koreańsku). Wyczuwam jakby eukaliptus. Nie pozbęde się go, bo mi szkoda - taka ładna butelka z ciężkiego, granatowego szkła - podoba mi się. Smaruję nim łokcie, też im się coś od życia należy.

IOPE Air Cushion XP SPF50+/PQ+++ w kolorze N21 (naprawdę tyle plusów jest w nazwie) miałam już wcześniej, więc ta z pudełka stała się prezentem.
O moim pierwszym podkładzie w poduszce (firmy Hera) pisałam już kiedyś (zajrzyj tutaj).
Poduszka IOPE nie podbiła mojego serca. Owszem, używam jej, skoro już ją mam, ale nie trzyma się na mojej twarzy tak dobrze, jak Hera. Poza tym - w przeciwieństwie do kremów - nie odpowiada mi jej zapach. Jest nieprzyjemnie apteczny.


Na pierwszy rzut oka kolor wygląda na ciemny, ale nie jest taki. Mam bardzo jasną karnację i kolor N21 jest dla mnie idealny. Podkład ładnie wtapia się w skórę i daje uczucie nawilżenia (tuż po nałożeniu twarz wydaje się mokra). Przez pierwsze dwie godziny wyglądam idealnie, potem muszę poprawiać makijaż - co nie jest trudne, bo opakowanie w formie puderniczki jest bardzo poręczne. Jednak dzieje się coś, co tę poduszkę przekreśla - pomimo użycia bazy pod podkład zbiera mi się w zmarszczkach. Okropnie tego nie lubię. Zaczynam dochodzić do wniosku, że poduszki nie są dla mnie. Ale mam jeszcze jedną, która czeka na wypróbowanie. Może ona będzie tą jedyną.

Uważam, że to był bardzo dobry Memebox. Teraz poproszę taki z Su:m37.

29.12.2014

SU:M37 MIRACLE ROSE CLEANSING STICK - CZYLI MAM, BO INNI TEŻ MAJĄ

Su:m37 Miracle Rose Cleansing Stick. Mydło w sztyfcie, nad którym Internety rozpływają się w zachwycie i zakochują się od pierwszego wejrzenia. Mam i ja.

Taką już mam naturę, że pożądam rzeczy, które są inne niż wszystkie. I co z tego, że w regularnym użyciu mam  kilka produktów do mycia twarzy (dwa pod prysznicem, jeden na umywalce i cztery w szufladzie pod umywalką), skoro sztyftu jeszcze nie próbowałam. Przeczytałam recenzję na jednym z moich ulubionych blogów, skarbnicy wiedzy wszelakiej -  Skin & Beauty Story i zapragnęłam posiąść.

Problem polegał na tym, że cudowny różany sztyft oczyszczający wszędzie był wyprzedany. Pisząc "wszędzie", mam na myśli wszystkie sklepy internetowe oferujące koreańskie kosmetyki. Ale jak widać - udało mi się. Jak za dawnych dobrych czasów (bo pamiętam te czasy) ZAPISAŁAM się na sztyft. Normalnie lista kolejkowa, sprawdzanie obecności i wypad z kolejki, jeśli przegapiłam wywołanie mojego nazwiska;)

Mam go od miesiąca i mogę stwierdzić jedno - myje. Używałam go do zmywania makijażu oraz do porannego mycia twarzy - myje. Poza tym nie zauważyłam żadnych innych cudownych właściwości. Może ja rzeczywiście jestem jakaś inna? Tuż po zastosowaniu czuję lekkie ściąganie skóry, a tego potwornie nie znoszę. Nie mam takiego uczucia ani po olejach, ani po piankach. Lekko się rozczarowałam, bo po entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się niewiadomoczego.

Tymczasem mamy taki oto sztyft, w którym znajduje się 80 gramów produktu.


A w środku zatopione płatki damasceńskiej róży.



Kosmetyk jest bardzo przyjemny w stosowaniu. Po nawilżeniu twarzy wodą, wysuwam odrobinę mydła i masuję, masuję, masuję... Wytwarza się dosyć rzadka piana, która szczypie okropnie, jeśli dostanie się do oczu (muszę popracować nad techniką, może po prostu wystarczy się bardziej pochylić nad umywalką). Potem przez chwilę masuję twarz dłońmi, spłukuję pianę, przez chwilę podziwiam w lustrze  naprawdę czystą i odświeżoną skórę, która momentalnie zaczyna błagać o  popsikanie aloesową mgiełką i nałożenie nawilżającego serum i kremu.

Cassandra (Doctor Who)


Sztyft doskonale sprawdza się w podróży. Mamy przynajmniej pewność, że nic  się nie wyleje.
Nie pachnie różami, chociaż spodziewałam się takiego zapachu. Zapach jest delikatnie mydlany. Dla mnie OK.

Ogólnie jestem zadowolona, bo lubię takie wynalazki. Wiem, że po zużyciu tego sztyftu oraz sztyftu... zapasowego (zapobiegliwa jestem, lubię mieć zapasy) nie kupię go ponownie.

Odrobinę się jednak rozczarowałam, bo sztyft nie robi żadnych cudów. Myje. I chyba o to chodzi.

24.11.2014

DLACZEGO NIE LUBIĘ ZAKUPÓW W STACJONARNYM DOUGLASIE

Moja mama zawsze kupowała  swoim dwóm siostrom tusz do rzęs - Barbarze na imieniny, a Krystynie na gwiazdkę. Nie wyobrażam sobie, żeby  ciocie zostały bez tuszu, więc pielęgnuję tę tuszową tradycję.

Tyle tytułem wstępu.

Przejrzałam ofertę w internetowym Douglasie i znalazłam to, co chciałam. Nie lubię jednak robić zakupów, gdy nie mam żadnego kuponu rabatowego, albo nie dostaję wypasionych prezentów. Na początku listopada Douglas mnie nie rozpieszczał - rabaty były marne, a promocje i prezenty beznadziejne. Może to cisza przed gwiazdkową burzą?

Wtem! Dostałam pocztą kupon do sklepu stacjonarnego. Gdy tylko przekroczyłam próg, przypomniałam sobie dlaczego nie lubię robić zakupów w tym jednym konkretnym salonie.

W moim mieście są trzy perfumerie Douglas. Do największej rzadko zaglądam,  bo znajduje się w tej części centrum handlowego, do której jest strasznie daleko z podziemnego parkingu. Średni salon jest na drugim końcu miasta, a do  trzeciego - najmniejszego salonu w jednej z galerii handlowych - mam najbliżej, zawsze po drodze  i zawsze mam tam coś do załatwienia. Wzięłam więc kupon i poszłam kupić ciociom tusze. 

Gdy tylko rzuciłam okiem na świąteczne opakowania, dopadła mnie ekspedientka i stwierdziła, że ten oto tusz jest REWELACYJNY. I właśnie wtedy mi się przypomniało, dlaczego tam nie lubię wchodzić. Otóż pracujące tam panie uważają, że wszytko jest REWELACYJNE. Nie znają innego słowa. Rewelacyjny jest krem na zmarszczki, rewelacyjna jest szminka, rewelacyjny pilniczek i wszystko, co akurat biorę do reki jest REWELACYJNE. Osobiście nie lubię, gdy ekspedientka za mną chodzi i do mnie mówi.

Często czuję się tak, jakbym mówiła w obcym języku.
Dialog taki:
- Chciałabym powąchać L'Eau d"Issey Miyake Mint.
- Mint Tony Guarda?
- Mint Isseya Miyake.
- Przyniosę pani Mint Tony Guarda, zestaw mamy bardzo rewelacyjny.
- Proszę pani... - Tu zaczynam mówić głośno i wyraźnie i szeroko otwierać usta. - Issey. Miyake. Mint.
- Z miętowych może będzie coś z Diora.
- Issey Miyake! - mam ochotę się wydrzeć, ale jestem dobrze wychowana, więc dziękuję za Diora i pytam po raz kolejny o to, co mnie interesuje. Do pani w końcu dociera i  stwierdza, że to może nie u nich, bo to pewnie inne perfumerie mają na wyłączność. O miętowym zapachu Miyake dowiedziałam się  z internetowej strony Douglasa. Szczegół taki nieznaczący.

To samo miałam z serum Clarinsa. Proszę o Double Serum, a pani na to, że mają rewelacyjne serum Diora. Super. Ale proszę Clarinsa. A pani, że mi poleca Diora, bo rewelacyjnie mnie wygładzi. Ja na to, że dziękuję, ale proszę jednak Clarinsa. A pani się upiera przy Diorze. Poprosiłam więc o próbkę, żeby się ode mnie odczepiła, więc chciała mi odlać trochę do słoiczka. Nie znoszę zlewek. Nie znoszę też prosić się o próbki. Przy kasie pani byle jak wrzuciła mi do torby coś, co wyjęła z szuflady. Jakiś zapach.  Aserytwnie (brawo dla mnie! pracuję nad tym) powiedziałam, że wolałabym coś z pielęgnacji. Pani łaskawie otworzyła drugą szufladę i wrzuciła próbkę Yonelle, bo tylko takie próbki tam miała. Kupiłam Diora i Clarinsa, wolałabym próbki Diora i Clarinsa, ale widocznie sobie nie zasłużyłam. 

Dawniej było inaczej, bo pracowały tam inne panie. Nie napadały na mnie, gdy ledwo przekroczyłam próg. Pamiętały, czego używam, potrafiły doradzić, a co najważniejsze - potrafiły mi odradzić, gdy upierałam się za bardzo i niesłusznie. 

Zrealizowałam kupon i kupiłam ciociom to:





Mam nadzieję, że będą zadowolone.

11.11.2014

MEMEBOX #84 CZYLI SZUFLADA POZNAJE SKINFOOD

Niedawno komentując post 2castsinjapan zarzekałam się, że nie będę opisywać mememboxów. Zmieniłam zdanie, gdy dostałam kolejne pudełko, bo po pierwsze muszę o czymś pisać, a po drugie szkoda nie podzielić się swoja małą radochą.

Nie znam Skinfood, bo nie znam większości koreańskich kosmetyków. Miałam nadzieję, że w takim firmowym pudełku będzie przegląd możliwości firmowych i  nie zawiodłam się, co mnie cieszy, bo na otwarcie czeka jeszcze kilka firmowych pudełek - Holika Holika, Tony Moly, Face Shop i Iope. Chociaż otwarcia Iope mogę nie doczekać, bo przesyłka utknęła w urzędzie celnym i od tygodnia nie może się stamtąd wydostać.




W pudełku Skinfood znalazł się podstawowy zestaw do oczyszczania i pielęgnacji twarzy oraz - zupełnie od czapy - cienie do brwi.
Z etykiet, które bardzo mi się podobają, bo wyglądają, jak wydrukowane na domowej drukarce, dowiadujemy się, że Skinfood istnieje od 1957 roku. Zagłębiając się głębiej w lekturę etykiet i załączonej ulotki z opisem produktów, możemy odnieść wrażenie (a po zajrzeniu na ich stronę firmową potwierdzić przypuszczenia), że Skinfood używa do wyrobu kosmetyków różnych smacznych rzeczy. Od dawna wiadomo, że jesteś tym, co jesz. Dlaczego więc nie "jesteś tym, co nakładasz sobie na twarz"?

Od razu rzuciłam się na krem z witaminą C (Skinfood Facial Water Vita-C Cream). Mam ostatnio fazę na kosmetyki z witaminą C, licząc na to, że wybielą mi dwie plamy pigmentacyjne, które jakoś tak się pojawiły niespodziewanie na mojej twarzy. Wklepałam więc i czuję się piękna.
Krem ma konsystencję rzadkiego żelu i bardzo szybko się wchłania, co jest dużym plusem. Nie pachnie niczym. Tuż po nałożeniu daje uczucie wyjątkowej świeżości i nawilżenia. Można go używać w większej ilości, jako maseczki. Zawiera wyciągi z malin, jagód acai, żurawiny i truskawek, a wszystko to zatopione w wodzie z alaskańskiego lodowca (ach!).

Dla dociekliwych pełen skład:

Pozostała zawartość pudełka musi poczekać na swoją kolej. Wolę nie eksperymentować z kilkoma nowymi kosmetykami naraz. Na pewno wypróbuję Black Sugar Mask Wash Off, bo lubię wszelkiego rodzaju maski oczyszczająco-peelingujące.

Pomidorowy tonik otworzę, gdy skończę oliwkową wodę Ziaji, a to jeszcze potrwa. Używam jej na przemian z tonikiem Shiseido, a jeśli otworzę kolejne opakowanie, skończy mi się miejsce w łazienkowej  szufladzie. Tomato Brightening Toner  wędruje więc do szuflady w sypialni z wirtualnym napisem "na potem".

Ciekawym produktem wydaje się być pianka Egg White Pore Meringue Foam. "Dla skóry tak gładkiej, jak gotowane jajko". Hm... Mogę to sobie wyobrazić. Ulotka mówi, że pianka jest przeznaczona dla cery wrażliwej i tłustej, głęboko wnika w skórę, nie podrażnia, ani nie wysusza. Mam suchą skórę, ale wizja głębokiego oczyszczenia kusi. Z drugiej strony kurze białko roztacza przede mną wizję skóry potwornie ściągniętej. Zdaję sobie sprawę, że używanie kosmetyków do tłustej cery na skórze suchej nie jest najmądrzejszym pomysłem, ale jak mam sprawdzić działanie tej pianki, jeśli jej nie sprawdzę na sobie? Eksperymenty na synu odpadają (pytałam, nie był zachwycony).


10.11.2014

MASECZKA WONDERUCI - CACAO BRIGHTENING MASK - MEMEBOX

Kakałko to ja bardzo chętnie w każdych ilościach, w każdej postaci i o każdej porze. Czy mogłam się oprzeć kakaowej maseczce? Nie!

Czy znam tę markę? Nie. Czy potrafię odczytać składniki zapisane hangulem? No skądże. Wiem tylko, że jest tam "real cacao", co widać, a przede wszystkim czuć. Odrobina ryzyka nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Jutro dzień wolny, więc w razie czego jakoś doprowadzę się do stanu używalności.

Kakao (ang. cacao) uzyskiwane poprzez tłoczenie na zimno surowych ziaren kakaowca jest bardzo silnym antyoksydantem. Zawiera magnez, żelazo, potas, wapno, cynk, miedź i mangan. Samo zdrowie.

Słoiczek otwierałam już kilka razy i wąchałam. W środku mamy gęsty kakaowy krem. Pachnie tak mocno gorzką czekoladą, że zjadłabym go ze smakiem na gorącym toście. Ale mam jeszcze odrobinę rozsądku i tabliczkę 85% Lindta pod ręką. W 85% procentach zjedzoną już.


Maseczka ma bardzo gęstą konsystencję i przydałaby się szpatułka do jej nakładania. Można nałożyć ją palcami, co też zrobiłam i piszę. Oto jedyna i niepowtarzalna relacja z działania maseczki na żywo!

Trochę szczypie.

Pięknie się błyszczy. Chciałabym, żeby tak się błyszczały moje czekoladowe polewy.

Po 15 minutach zmyłam ją ciepłą wodą bez większych problemów i bez większego bałaganu na umywalce. Przejrzałam się w lustrze ze wszystkich stron. I nic. Żadnych zmian. Zwykle tuż po użyciu maseczki COŚ widać - skóra jest bardziej napięta, wygładzona, rozświetlona czy oczyszczona. Doskonale widoczne natychmiastowe efekty daje Glamglow w białym i czarnym opakowaniu, te maseczki przyzwyczaiły mnie to spektakularnych efektów tuż po zmyciu.

WondeRuci nie zrobił mi niczego, jeśli nie liczyć piętnastominutowej aromaterapii. To jedyny plus. Poza tym nadal czuję lekkie szczypanie na twarzy, co jest bardzo nieprzyjemne i raczej niepożądane. Szkoda.

Maseczka zapowiadała się obiecująco i apetycznie. Na twarz jej więcej nie nałożę, bo w celach aromaterapeutycznych zrobię sobie zwykłe, gorące kakałko. Dam jej jeszcze szansę na dłoniach, ale najpierw muszę sobie kupić foliowe rękawiczki.

Maseczkę kupiłam w sklepie Memebox za 15$ wraz  z przesyłką. Memebox był tak miły, że wysłał mi dwa opakowania. Napisałam do nich z pytaniem co mam zrobić, bo się czuję niekomfortowo. Od razu sobie wyobrażam, że ktoś tam w dalekiej Korei będzie miał przeze mnie problem. Zgodnie z przewidywaniami ten ktoś w dalekiej Korei nie przejął się takim drobiazgiem, jak dwie maseczki w cenie jednej i oficjalnie dostałam tę drugą gratis. Jestem czysta.

7.11.2014

KANEBO SENSAI MASCARA 38°C - CZYLI MÓJ JEDYNY TUSZ DO RZĘS

Z rzęsami mam problem, bo rzadko je widać.

Mam wrażliwe oczy i z tego powodu zwykle mam spuchnięte powieki. Przyzwyczaiłam się, może to się leczy, nie wiem. Przeważnie wyglądam, jak smutny spaniel, ale miewam też lepsze dni, gdy jednak widać mi rzęsy. Nie używam cieni do powiek, ani kredki (jak żyć?). Ale tusz to podstawa.

Widać czy nie widać, ale bez pomalowanych rzęs, które naturalnie są bardzo jasne,  czuję się źle.

Mogę używać każdego tuszu, jaki wpadnie mi w ręce. Gorzej z jego zmywaniem. Jedynie płyn micelarny Biodermy nie robi mi krzywdy.

I oto odkryłam tusz, który można, a nawet trzeba, zmywać po prostu ciepłą wodą.


Elegancka czarna ulotka srebrnymi literami (zbyt małymi) mówi, że mascara przedłuża każdą rzęsę z osobna i nadaje każdej z nich delikatne i piękne wykończenie. Ulotka nie kłamie, aczkolwiek nie miałabym nic przeciwko większej czcionce.

Tusz jest odporny na łzy, pot i olejki. Mogę to potwierdzić. Płakałam już, pot zalewał mi oczy podczas trzydziestostopniowych upałów w mieście oraz na siłowni (tak, maluję rzęsy idąc na siłownię; a może raczej nie zmywam makijażu wychodząc) i zmywałam twarz olejkiem, nie omijając oczu. Kolor ciągle trzymał się na rzęsach.

Instrukcja obsługi radzi, aby w celu usunięcia tuszu zmoczyć rzęsy ciepłą wodą, a gdy mascara się już wystarczająco zwilży,  zmyć ją za pomocą owej ciepłej wody. 38°C.
Ja moczę wacik, przykładam taki ciepły i mokry  na chwilę do oka, przeciągam po rzęsach i gotowe.

Po nałożeniu tuszu rzęsy wyglądają naprawdę ładnie. Przez cały dzień, aż do wieczora, gdy tusz zaczyna się lekko osypywać, ale to już nie ma znaczenia, bo go zmywam i idę spać.

PS
Ciekawe czy amerykańska wersja nazywa się  100,4 F...